Jest czasem taki moment,okres, gdy czujemy rozchwianie na wielu płaszczyznach naszego życia:-bo coś boli, czegoś nie rozumiemy a może nie potrafimy się z czymś zgodzić, pogodzić, zaakceptować.
Nic nie wychodzi i z niczego nie jesteśmy zadowoleni.
Brzmi jak początek choroby depresyjnej...nic mylnego:)
Chcę napisać po części o sobie samej i o tym jak przytulić siebie żeby było lepiej, jaśniej...
Ból...przyczyna mojego zamieszania.
Końcem roku, zaczął dokuczać mi ból pleców. Kolejny raz zlekceważyłam objawy do momentu kiedy nie mogłam stanąć na lewą nogę, a w pośladku czułam wbitą szpilkę.
Szukając pomocy u zaufanego kręglarza, który nie raz już mnie ratował, jeden masaż okazał się małą pomocą.
Szukając wsparcia u lekarza pierwszego kontaktu, dowiaduję się, że to rwa kulszowa.
No to myślę sobie:-diagnoza postawiona, to pytam jak to się leczy? A pan doktor z uśmiechem:
-Że to się nie leczy...:((
-Jak to nie leczy. Pytam wszystkich i samą siebie.
To w wieku 46 lat mam zostać z tetryczłą staruszką , a dla męża porcelanową filiżanką, co to stoi i się kurzy, używa się od święta i jest bardzo krucha.
Płacz, zgrzytanie zębów.
Znowu masaże, czytanie, szukanie pomocy w necie.
Stoicki spokój mojego męża trochę pomaga, a czasem irytuje.
W tedy wydawało mi się, że wszyscy moi bliscy powinni wyprzedzać moje myśli i cierpieć ze mną...nic bardziej mylnego. Każdy ma swojego bolaka:D
Wszystko wydaje się mętne, a jak mętne to siłą rzeczy chcę to zrozumieć i rozjaśnić. Walczę sama z sobą.
Na szczęście to co chwilowo wydaje się nie do ogarnięcia, nagle się rozwiewa...okazuje się, że jedynym lekarstwem są systematyczne
ćwiczenia!!!
Eureka! Mogę naprawić się sama:DD
Najpierw chaotycznie.
Coś tam pamiętam:-przecież kiedyś ćwiczyłam- to będę się ruszać. Tak myślę.
Masażysta mówi:-Powoli, można sobie zrobić krzywdę.
Staram się. Noc bezsenna, poranek odrętwiały, boli...
I wreszcie po trzech miesiącach przytulam siebie,bo nikt lepiej od nas samych tego nie zrobi. Znajdując ukojenie w jodze.
Po dwóch miesiącach nie udolnych ćwiczeń i miesiącu codziennej praktyki jogi, medytacji czuję się o niebo lepiej. Mało tego zachęcam siostrę do ćwiczeń i oby dwie łapiemy bakcyla.
Czuję się wyśmienicie!
Co poza tym? Można się domyśleć: były święta, w których mimo wszystko starałam oddać samom siebie w przygotowaniach. Trochę wolniej, próbując udowodnić coś sobie()
Mała stłuczka na parkingu nie z naszej winy-wyszłam z siebie i stanęłam obok (jakoś tak to się mówi)
Pociecha w robótkach też znikoma.
Utopienie myśli w książkach (dobrze, że w książkach a nie w czym innym:D), też mi nie wychodzi, chyba tylko w kucharskich i to z mizernym skutkiem.
Tak.
Tak się na szczęście skończył ubiegły rok.
Zrobiłam sweter, nie do końca. W tej chwili brakuje mu rękawów.
Choć kiedyś upatrzyłam sobie ten wzór i wydawał mi się piękny w prostocie, to w tej chwili uznałam, że jest mi nie potrzebny i wcale mi się nie podoba.
Trochę szkoda bo to alpaka Dropsa

Podpisując się pod idee pozbycia się zbędnych rzeczy dla oczyszczenia przestrzeni, pewno spruję na rzecz innego. Albo będę miała pierwszego ufoka w tym roku czekającego na swoje drugie życie:))
W tej chwili robię szal żakardowy wzoru pani
Justyny Lorkowskiej pełen energetyzujących kolorów.
Moje kolory na pewno pokarze jak zrobię w całości.
Pozdrawiam Ewa:))